Wyglądasz ślicznie – czyli co odpowiedzieć jak nie wiadomo co powiedzieć?

Mam dylemat moralny.

Czy ważniejsze jest powiedzenie tego co się na prawdę myśli w kwestii tego jak wygląda nasza partnerka, kiedy pyta nas o zdanie – czy ważniejsze jest jednak potwierdzenie że wygląda super, nawet jeśli nam się nie podoba.

Do tej pory wolałem opcję pierwszą.

Lata doświadczenia pokazały mi jednak, że:

  1. Panowie generalnie nie znają się. I nie wiedzą czy coś jest ładne czy nie. Mogą tylko ocenić czy im się podoba.
  2. Kiedy kobiety pytają w co mają się ubrać już i tak podjęły decyzję. One tylko chcą potwierdzenia, że mają rację (nawet jak nie mają).
  3. Pierwszy wybór jest zazwyczaj najlepszy.
  4. Jeśli kobieta pyta o to czy Ci się podoba w „tej kreacji” ZAWSZE MA CI SIĘ PODOBAĆ. Ja to sobie tłumaczę tak: powiem, że mi się podoba, bo nie jest przecież tragicznie, a skoro ja się nie znam, to pewnie jest to to ładne tylko ja się nie znam.
  5. To co Tobie się spodoba (czyli kreacja nr 20 i 24) na sto procent nie będzie podobać się jej. I albo to włoży żebyś był szczęśliwy ale będzie źle się w tym czuła, albo włoży z myślą, że Ci się nie podoba.
  6. Łapy precz od jej szafy i dobierania jej ciuchów.
  7. Mimo zajęcia 8/10 szafy ubrań jest za mało (generalnie zawsze jest za mało), i ona na prawdę NIE MA SIĘ W CO UBRAĆ.
  8. Jeśli kobieta mówi, że w „tej sukience już była” to znaczy, że trzeba kupić nową. Sukienki, jak wynika z moich obserwacji – generalnie są jednorazowe.

W związku z powyższym, jeśli jesteś stawiany pod ścianą i pytany o opinię, której musisz szybko udzielić, bo w pokoju obok właśnie ktoś tłucze Cię w najnowsze Diablo, albo zaraz skończy się mecz – przygotowałem trzy uniwersalne opcje.

Opcja TAK – czyli co należy odpowiadać na jakiekolwiek pytanie związane z jej wyglądem kiedy szykuje się do wyjścia. I prawda nie ma tutaj nic do rzeczy.

Opcja NIE – czyli czego kategorycznie nie należy mówić.

Opcja YHM – czyli jak powiedzieć, że to nie do końca jest to, ale w taki sposób, żeby nie strzeliła focha i tylko nieznacznie zmieniła kreację. Oczywiście najlepiej na tą która Tobie się podoba.

 

TAK:

Ślicznie Ci w tej sukience.

Noooo mega… te buty podkreślają twoją figurę.

Bardzo mi się podoba, że spodnie i bluzka kontrastują ze sobą, wyglądasz nieziemsko.

Tak, masz rację. W tych butach wyglądasz genialnie.

Zdecydowanie tak jak mówiłaś, ta pierwsza bluzka będzie lepsza.

Wow. Wyglądasz tak, że nie wiem jak długo na tej imprezie będę w stanie wytrzymać bo taką mam na Ciebie ochotę.

Masz rację ta bluzka pasuje idealnie.

Tak jak wspomniałaś, jednak mniejsza torebka będzie lepsza.

 

NIE:

Wiesz co… prawdę mówiąc średnio mi się to podoba.

Możesz iść w czymkolwiek i tak mi się będziesz podobać.

Nie za wyzywająco?

Tam i tak będzie ciemno, co za różnica co ubierzesz?

Możesz się pospieszyć?

Może być.

Ujdzie.

No jak musisz to weź.

Długo jeszcze?

Jak to nie masz się w co ubrać? Przecież masz pełne szafy ubrań.

Po co Ci kolejne buty?

A co jest złego w tej sukience?

Jak to na zakupy? Znowu ?!?!

YHM:

Wyglądasz super, mi się bardzo podoba. Ale nie jestem pewny, czy to impreza na taką kreację… (tutaj zaczyna się dyskusja, którą trzeba bardzo delikatnie prowadzić)

No… buty rewelacja, spodnie pasują idealnie, ale zdecydowanie na taki typ imprezy ta pierwsza bluzka byłaby lepsza.

Ja się nie znam. Ale jak na mój gust, to jednak te drugie buty byłyby lepsze. Chociaż przyznaję, że w tych też wyglądasz super. Ale tak, wybrałbym te drugie.

(jak jest bardzo źle) Kochanie. Wyglądasz bardzo ładnie i bardzo mi się podoba. Ale wydaje mi się, że w sukience byłoby jeszcze lepiej, mogłabyś przymierzyć?

 

Drogie Panie,

Zgodzicie się ze mną?

Młoda, gniewna i ambitna.

Proszę Państwa oto Dela (siedzi w samolocie, rząd 4 miejsce D).
Dela w rozmowie ze mną obaliła moją wizję Warszawy. Obaliła
też przy okazji parę mitów odnośnie pracy w Polsce, emigracji i życia na dobrym
poziomie. Jej przykład pokazuje, że w Polsce też się da. Jeśli się chce.


Dela.

Jestem dobrym przykładem osoby która wróciła z Londynu.
Wiesz, wszyscy wyjeżdżają za pracą a ja wróciłam.
W Polsce skończyłam studia licencjackie na biznesie międzynarodowym i w pewnym momencie nie bardzo wiedziałam co mam dalej zrobić.
Więc wyemigrowałam. Padło na Anglię.

W Londynie siedziałam rok, pracowałam na barze dwa miesiące, a
później na recepcji w Agencji marketingowej, po kilku miesiącach awansowałam i
dostałam stanowisko „Project Manager”.
W zasadzie pod ta nazwą kryje się absolutnie wszystko… Roboty masę, ale to nie było powodem dla którego chciałam, czy zastanawiałam się nad powrotem do kraju, bo praca była naprawdę super.
Z perspektywy czasu widzę, że doświadczenie stamtąd sporo mi dało. Dlaczego więc?
Chciałam wrócić trochę z powodów kulturowych, Brytyjczycy jednak są zupełnie
inni a trochę dlatego, żeby wrócić na studia.

Czy się bałam? Jasne! Martwiłam się, że nie znajdę tutaj
pracy, że będę musiała obniżyć standard życia, że to do czego przyzwyczaiłam
się w Londynie będzie musiało pójść w odstawkę. Pamiętam, że wracając do Polski
z góry zakładałam że wrócę z powrotem do Londynu, bo nie znajdę pracy.

Na początku zaczęłam szukać pracy w poznaniu (bo tam mieszkałam) trwało to dwa
miesiące. Dwa miesiące gdzie codziennie chodziłam na rozmowy. Głównie do małych
firm, praca była marna nie związana z zainteresowaniami albo bardzo słabo
płatna – więc przyzwyczajona do pewnego standardu szukałam dalej.

Warszawy nawet nie brałam pod uwagę. Prawdę mówiąc nie wiem
dlaczego, chyba byłam bardzo uprzedzona do stolicy. Ale koleżanka mi podrzuciła
link do ogłoszenia o pracę w korpo w Wawie w której pracowała, bo zwolniło się
miejsce. Pamiętam, że ta rozmowa za dobrze mi nie poszła, ale spowodowała, że
zaczęłam szukać pracy właśnie w stolicy. I faktycznie ogłoszeń było naprawdę
sporo. Do Wawy jeździłam z Poznania pociągiem na rozmowy dobre trzy tygodnie. I
wreszcie na którejś rozmowie kwalifikacyjnej miałam rozmowę w Języku Angielskim
(który miałam po Londynie na naprawdę fajnym poziomie) i w zasadzie od razu pracę
dostałam.

Korpo nie jest złe. To jest takie gadanie. Ale mamy dobrą
pracę, dobrą płacę, pakiety socjalne. Ludzie na niskich stanowiskach są ze sobą
bardziej zżyci niż w innych firmach. I nie jest problemem pracę dostać.
Wystarczy, że masz jakieś doświadczenie, znasz więcej niż ojczysty język i po prostu potrafisz się dobrze sprzedać.

Nie jest łatwo lekko i przyjemnie. Ale da się.

Altruiści.

Ona by dla Niego wszystko.
W sumie technicznie rzecz ujmując to Ona by dla każdego wszystko. 
Szczęście jej daje poświęcanie się dla innych. 
Pojechałaby nad morze. 
Ale reszta towarzystwa coś wspomina o górach. 
Więc w zasadzie to jest ogromną fanką gór. 

Jeśli pytasz o zdanie, zawsze – ale to ZAWSZE odpowie Ci „obojętne”, albo „dostosuję się”.
Najlepiej jeśli wypowiada się jako ostatnia – wtedy już wie jakie są poglądy w grupie.
Co prawda zazwyczaj i tak odpowiada „mi to obojętne”, ale przyparta do muru, wie już po której stronie się opowiedzieć.

A jeśli typowa altruistka ma jeszcze niską samoocenę?
Wtedy serwujemy sobie prawdziwy hit-kombo, bowiem taka osoba… :

1. Nie ma swojego zdania (lub głęboko je skrywa).
2. Zawsze dostosuje się do towarzystwa.
3. Zrobi wszystko co jej się powie.
4. Chętnie weźmie winę na siebie.
5. Najważniejsze, żeby wszyscy inni byli zadowoleni. Ona jest nieistotna.
6. Może źle się bawić na imprezie, ale świadomość, że wszyscy inni dobrze się bawią sprawia, że może cierpieć i nic z tym nie zrobi.
7. Ekstremalnie: Jeśli facet ją uderzy, pomyśli, że zasłużyła.

A teraz odwróćmy sytuację.
Załóżmy – że rozmawiamy o altruiście facecie.
Zachowania zostają takie same.

Wnioski?
Kobieta – altruistka z niską samooceną.
Facet – pierwsze skojarzenie miałem z pantoflem – z drugiej strony pantofel zawsze dostosuje się do osoby, która go pod tym pantoflem trzyma, a nie do ogółu. Więc chyba nazwałbym go po prostu cipą. Ewentualnie – czy istnieje połączenie tych dwóch?

Pytanie konkursowe:
Jeśli altruistka spotka altruistę… to jak wygląda taki związek?

Autostopem nad morze cz. 3

Piątek. 
Rano zwinęliśmy się szybko. Zjedliśmy jakieś słodycze z Biedronki i łapaliśmy stopa na zatoczce dalej, bo chcieliśmy wrócić do Jastarni. 
Dojechaliśmy bezproblemowo kilkoma stopami pod samą bramę pola namiotowego – także elegancko. Mieliśmy jeszcze troszkę kasy z wczoraj więc wykupiliśmy sobie następne 24h na polu namiotowym z prysznicem i wodą. Z przyzwyczajenia rozbiliśmy się dokładnie w tym samym miejscu co ostatnio:) 
Później spotkaliśmy się z kumplem Matiego – Księdzem. Ksiądz okazał się bardzo przydatną znajomością, bo grał z nami. Konkretniej rzecz ujmując to my graliśmy na harmonijkach a on chodził z kapeluszem i zbierał. Z tego co pamiętam podchodził do ludzi (elegancko ubrany) i mówił „zbieram na wydanie tomiku wierszy”.
Paradoks sytuacji był taki, że on później wracał do rodziców z którymi tam był i jadał w restauracjach…
Ale co tam. Ważne, że było na następny nocleg, piwo i nawet na kebab!
Szczęśliwi wypiliśmy piwko na molo patrząc na morze.

Wracając przechodziliśmy koło knajpy, w której grał zespół. Facet, którego widzieliśmy wcześniej, gość z akordeonem i basista. W przerwie zapytaliśmy czy grają bluesa. Zagraliśmy z nimi Whisky i improwizację bluesową… knajpa szalała. Bawiliśmy się przednie i zarobiliśmy po browarku. Ja pierniczę – zimne piwo w knajpie, jaka burżuazja ! Za cenę tego piwka mielibyśmy śniadanie. Ale darowanemu koniowi… 
W każdym razie były skrzypce, wokal (Mati), akordeon, bas i harmonijka (raz Mati a raz ja). 
Przy wejściach zrobiły się buły z publiczności. Refren autentycznie śpiewała cała knajpa. 

Wychodząc poznaliśmy Jacka, Mańka i jakiegoś gościa jeszcze. Jacek miał gitarę więc umówiliśmy się, że z nim pogramy na plaży. Wróciliśmy na pole namiotowe (chyba po kasę).
Poszliśmy spotkać się z Jackiem i resztą, ten z kolei podbiegł do nas jak czerwony kapturek i nam pomachał. Coś ewidentnie było z nim nie tak. W sklepie, jak kupiliśmy chleb na jutro, jabolka i piwka wyczułem od Jacka, że 
chyba jest po ziółku. No i był, zafascynowany tym jak gra i jak śpiewa. Nie grał tak tragicznie ale widać, że trzeba mu doświadczenia. Albo trzeźwości. Albo jednego i drugiego.
Poszliśmy na plaże. Maniek i ten drugi się zmyli bo im zimno było. Cieniasy ^^ My zaprawieni podróżą autostopem i spaniem byle gdzie twardo siedzieliśmy dalej. Graliśmy przy ławce, ja piłem jabolka i słuchałem jak wiatr wieje w gwint. 
Mati świetnie śpiewał, chłopaki dawali rade nawet, ja pogrywałem na harmonijce, czasem Mati też. Jacek grał nawet nawet znośnie, tylko śpiewał średnio. 
Ksiądz chyba już był lepszy. Ja trochę też stukałem w ławkę do rytmu, bo śpiewać nie umiem. Na koniec podszedł do nas facet z plaży. Okazało się, że to strażak, który pilnował, żeby nikt nie rozpalał ogniska. Ksywa Saper. Spoko gość, trochę nam poopowiadał co i jak dookoła. Co chwile ktoś mu się w słuchawke odzywał a ten „nie, 
nikogo nie ma, konie się przewracają”. Powiedzenie nieziemskie. Trochę nas Saper odprowadził, poszliśmy na pole namiotowe i w kimę. 

Sobota. 
Chyba do popołudnia czekaliśmy przy namiotach na Księdza, trzeba było odpocząć. Pograliśmy jak zawsze, tradycyjnie, chłopaki z pola namiotowego nam trochę pomogli, wrzucili pare groszy i zbierali nam na molo na nocleg. 
Zjedliśmy kebab i się zaczęło… Lało strasznie, może nie tak długo ale intensywnie. Kupiliśmy sobie piwko i poszliśmy do namiotu. Okazało się, że namiot jest nieźle zalany w środku. Powycieraliśmy wszystko, wykręciliśmy 
ręcznik pare razy i poszliśmy wypić piwko pod parasolkami na polu. Padało cały czas. Stróż dał nam materac, żeby przykryć namiot. Postanowiliśmy przespać. Zła pogoda ma to do siebie, że ani nie zarobisz (bo ludzie nie chodzą po deptaku) ani nie pograsz (bo zimno). W nocy był sztorm, nie wiem gdzie większy, nad namiotem czy na morzu. Mati spał w dołku, miał 3cm wody pod tyłkiem. Nie miał już suchych ciuchów i szlag go trafiał. 

Niedziela. 
Rano szybka, męska decyzja – zwijamy się. Nie było sensu czekać aż to to wyschnie bo siedzielibyśmy tam kilka dni. Zostawiliśmy sąsiadom kartkę, że uciekamy przed pogodą itp itd. Na prawdę byli sympatyczni.
Na stacji benzynowej niedaleko Mati rąbnął sobie kawkę. Łapaliśmy potem w zatoczce po drugiej stronie ulicy. Długo nikt się nie zatrzymał i wielki ból bo przejechały nawet samochody z KOS i ST w rejestracji, czyli Oświęcim i Tychy, nasze miasta. W końcu jeden gość podrzucił nas za Kuźnicę. Tam nas nieźle przewiało i nie dało się za bardzo nic złapać.
Zmęczeni poszliśmy do piekarni. Pamiętam, że po drodze jakiś gość pytał nas czy nie chcemy się u niego rozbić z namiotem ale nie, już wracaliśmy. Zresztą chcieliśmy się szybko dostać na śląsk. Koło piekarni zatrzymał się facet z synem całkiem niezłą furką i podrzucił nas do Płońska albo gdzieś poniżej Sopotu, nie pamiętam dokładnie. Na stacji benzynowej znowu nikt nie chciał nas zabrać, jeden gość powiedział tylko, że jedzie do Gdańska ale nie będzie nam za dobrze się stamtąd wydostać więc mu podziękowaliśmy i łaski bez.
Inny znowu bał się jakbyśmy go chcieli okraść. 
W końcu minęli nas nasi sąsiedzi z pola namiotowego ale nie mieli chyba miejsca w aucie, za to się uśmiechnęli sympatycznie. Ostatecznie zatrzymał się facet, który jechał do gdańska ale nie chciał nas zabrać wtedy na stacji. 
Później zgarnęła nas taka typowa parka, małżeństwo nie z dziećmi tylko z małym rasowym pieskiem. Ale okazali się bardzo fajni, zawieźli nas daleko, za Gdańsk, nakarmili nas paluszkami i dali nam 10zł na coś do jedzenia. 
Boże jak nam to wtedy żołądki uratowało !
Wyszliśmy z autostrady w okolicach początku A1 w stronę Tczewa. Znowu zaczął lać deszcz i to okrutnie. Wcześniej przez cały dzień było szaro. Tam za rondem zatrzymał się facet który chyba nie odróżniał własnej dupy od łokcia, bo pytał nas gdzie na gdańsk, Mati tłumaczył mu na 5 sposobów a ten i tak pojechał inaczej. Stary, niedołężny.. zatrzymał się autostopowiczom pytać ich o drogę… nic bardziej wkurzającego. Potem zatrzymało nam się autko z małżeństwem w którym żona sprawiała wrażenie jakby była nauczycielką sądząc po sposobie mówienia. Byli mili, zawieźli nas za Tczew. Tam weszliśmy do knajpy się ogrzać i w końcu coś zjedliśmy od rana po tych paluszkach. Placki ziemniaczane. Niewiele tego było ale ile dały nam radości…. 
Następna w drodze na śląsk zatrzymała się pani Ewa. Po drodze postawiła nam śniadanie bo chyba wyglądaliśmy marnie. W podziękowaniu zagraliśmy jej na harmonijkach jak dzwoniła, i dała posłuchać jakiemuś znajomemu. Dostałem jej maila i wysłałem jej niedawno nagrania, bo była ciekawa co jeszcze gramy. Miała zawieźć nas do Świecia ale przejechała miasto, bo bała się zatrzymać przy ciągłej.
I tak wylądowaliśmy w Bydgoszczy. W środku miasta. Totalnie beznadziejne warunki na stopa. 
Ale… przynajmniej już nie padało.. doceniłem wtedy suche skarpety w plecaku.
Mati mokry jak szczur.
Nie było w sumie tak tragicznie i mieliśmy szczęście bo zaraz obok nas zatrzymał się facet żeby coś przepakować i zabrał nas za miasto, i nawet wołał przez CB, czy ktoś nie jedzie w stronę Torunia. Nikt niestety nie odpowiedział. Za miastem staliśmy długo, zmieniła się pogoda kilka razy. W końcu dwóch gości wróciło się po nas (autentycznie minęli nas, zawrócili i zgarnęli ! ) i zabrali nas za Toruń.
Tam na postoju w barze Mati popytał czy ktoś nie jedzie do Łodzi. I wtedy poznaliśmy najlepszego gościa, najlepszego kierowcę z jakim jechaliśmy – Tomka.
Tomek zabrał nas do Łodzi. Po drodze było dużo fajnych opowieści jak to przygarnął żółwia który nie wiadomo skąd wziął się na parkingu koło szpitala. Pokazywał nam też jak działa CB radio i nasłuchiwaliśmy co się tam dzieje. Jechał zrobić niespodziankę żonie koło Łodzi, nie wiedziała, że do niej jedzie. Przed łodzią powiedział, że zaprasza nas na kawkę ale ostatecznie postawił nam kawę, szaszłyki wieprzowe i frytki. Nic mi tak bardzo nie smakowało jak to wtedy.
Też wołał przez CB żeby ktoś nas zabrał na Katowice. Niestety zero odpowiedzi. Potem pytaliśmy ludzi na stacji czy nie mogliby tez nadawać na cb albo czy słyszeli jak Tomek o nas mówił. W końcu, jakoś po północy podjechał Michał, małą ciężarówką, miał problem, bo wysiadł rozrusznik i trzeba było go pchnąć. Popchałem z nim auto i 
zapalił. Miał nas zabrać do Sosnowca albo w okolice ale odwiózł nas w sumie aż do samego Kobióra. Też był fajny gość, pogadaliśmy po drodze. Poszliśmy resztkami sił do domu Matiego i tam kimnąłem na macie. 

Poniedziałek.
Rano zmyłem się sam do domu. Poszedłem na autobus ale problem w tym, że kierowca uważa, że wszyscy na świecie powinni wiedzieć, że on nie ma biletów i jak śmiem nawet o to pytać?! Ojciec też nie chciał po mnie  podjechać… a to było tylko 20km. Więc złapałem stopa tradycyjnie, którym dojechałem do Tychów a tam już pksem do Oświęcimia. 

Podsumowanie, wnioski i przemyślenia: 
Autostop uzależnia. Do teraz siedzę i nie wiem co jest nie tak, że jestem cały czas w jednym miejscu. W sumie wniosków tyle… 
Cała opowieść to streszczenie, jest masa rzeczy, które moglibyśmy jeszcze obaj opowiedzieć po tym i sporo się nauczyliśmy, wiele rzeczy dowiedzieliśmy się od osób z którymi jechaliśmy ale to już zachowamy dla siebie.
Autostop uczy.
Uczy doceniać rzeczy małe, jak prysznic czy bułka do jedzenia.
Uczy cierpliwości i cieszenia się wolnością.
Uczy się doceniać chwilę.
I pozwala poznać wielu fajnych ludzi i na prawdę fantastycznie spędzić czas.

Paweł,
Jeszcze raz dziękuję za wyjazd i streszczenie !

Autostopem nad morze cz. 2

Wtorek… 
Rano przywitał nas właściciel działki obok (ten od psa), serdeczny staruszek, wszystko w porządku było – żadnych problemów, że rozbiliśmy się mu pod płotem. Nawet zaproponował nam śniadanie, ale byliśmy już po konserwie i bułce, więc grzecznie podziękowaliśmy.
Zamiast śniadania zjedliśmy lody (ale miałem na nie ochotę !) z pobliskiego sklepu spożywczego i poszliśmy łapać stopa dalej.
W tym miejscu staliśmy chyba najdłużej z całej podróży. Już zaczynaliśmy wątpić czy kiedykolwiek się stamtąd wydostaniemy jak zatrzymał się gość który… wiózł węgiel.
Jak się okazało węgiel jechał z Żor, więc koleś dobrze znał nasze okolice. Trochę pogadaliśmy i koleś wyrzucił nas na… kolejnym zadupiu, na którym nic się nie działo. Raz na 10 minut przejechał samochód więc zaczęło się obiecująco.
O dziwo, nie było tak źle, i po stosunkowo krótkim czasie zatrzymała się stara mazda.
W środku śliczna dziewczyna i jej chłopak za kierownicą.
I wtedy zaczęły się ekstremalne wrażenia… Koleś jechał 140 na godzinę, serpentynami, na resztkach paliwa i trzymał kierownicę kciukiem… pisząc smsa. No i nie zapinał pasa. Przyznaję, że momentami chciałem już wysiadać.
Ale ogólnie byli fajni i zawieźli nas… nie do ale za… miasto do którego jechali, również miło bo było nam łatwiej się stamtąd ruszyć. Zjedliśmy „drugie śniadanie” (dwie bułki)…

Stanęliśmy przy drodze (jak to brzmi!) nie trwało to długo i jechaliśmy już z przedstawicielem handlowym w branży spożywczej. Sprzedawca amator, który wzbudził w nas mieszane uczucia. W stosunku do nas był sympatyczny ale w sumie… trochę dziwny. Z jednej strony opowiadał jaką to ma fajną rodzinkę, syna, żonę… i nagle gdy coś go zainteresowało kończył wątek i wspominał coś w stylu „ooo a widzicie ten budynek? Za tymi budynkami jest taki klub można wyrwać bardzo szybko chętne laski. Wiecie jadę sobie, zatrzymam się na godzinkę i już mam szybki numerek”. Przyznaję, że kontrast „szczęśliwa rodzinka – szybkie bara bara” trochę mnie wbił w fotel. Ogólnie opowiadał masę rzeczy o tym gdzie i jak można sobie zabalować z panienkami w delegacji.
W końcu dotarliśmy do miasta zwanego „ostródą”.

Na stacji benzynowej poznaliśmy Zenka – Zenek pozdro! – kierowca tira, który zawiózł nas aż do Gdańska. Po drodze opowiadał jak to czarni na promach wchodzą na pakę, żeby dostać się do kraju. Mówił fantastycznie po kaszubsku. Uśmialiśmy się nie raz, świetny człowiek. Pozwolił Matiemu zdrzemnąć się z tyłu na wyrku. Cholera miał za fotelem fantastyczne spanko !
W Gdańsku mieliśmy grać na ulicy ale nie graliśmy ostatecznie, już nie pamiętam dlaczego.
W każdym razie poszliśmy na dworzec pkp i podjechaliśmy do Gdyni a z Gdyni do Jastarni, gdzie miał na nas czekać kolega Matiego.
Z tego momentu zapamiętałem szczególnie ekipę ładnych ale nie specjalnie inteligentnych dziewczyn, które robiły dużo hałasu nie bardzo wiadomo dlaczego. Dla mnie, który ceni sobie ciszę i spokój było to dość irytujące, ale dla Mateusza, któremu i tak gęba się nie zamykała nie było to nic niezwykłego… ale generalnie jechało się miło, bo ciągle patrzeliśmy za okno w nadziei że zobaczymy morze. Ostatecznie po to tu przyjechaliśmy.
W Jastarni zostawiliśmy rzeczy na polu namiotowym które niestety kosztowało troszkę więcej niż się spodziewaliśmy… ale warto było. Przede wszystkim był: prysznic, ubikacja, i woda w kranie. Z naszej perspektywy luksusy.
W nocy poszliśmy na plażę z jednym jabolkiem i piwkami (na więcej nas już pomału nie było stać).
Wypiliśmy, pogadaliśmy, cieszyliśmy się chwilą, widokiem morza i niebem pełnym gwiazd.

Środa. 
Myśleliśmy że to kac. Ale to była jeszcze bania.
Odpoczęliśmy leżąc na matach na trawie a potem poszliśmy grać na ulicy. Wtedy dopiero wszedł kac, przy pisku harmonijki… Uzbieraliśmy troszkę, bo byliśmy już na maksa spłukani… ale wystarczyło na kolejny nocleg, kilka bułek, konserwy i wino (na kaca).
Szczerze mówiąc średnio pamiętam ten dzień… (ciekawe dlaczego…)
Ale może i dobrze, bo wieczorem wkręcił mi się dołek związany z różnymi sprawami sprzed wyjazdu…
Mati też miał kiepski humor bo kumulacja kaca, z alkoholem, ogólnie pojętą biedą i wspomnienie dziewczyny, która została na śląsku i raczej na niego nie czekała – nie działała motywująco do życia. No i nie czarujmy się, nie mieliśmy dużych wymagań, ale chcieliśmy zjeść wreszcie coś co jest ciepłe – a na to nas nie było stać. Dodam, że winko kupowaliśmy po 2,5zł, a frytki kosztowały 7…
Czwartek. 
Chyba wtedy rano skoczyliśmy do Władysławowa. 3 autami jakoś się tam dokulaliśmy. Matiemu na tym zależało, bo kilka lat wcześniej był tam z wycieczką szkolną i bardzo fajnie to miejsce wspominał.
Ciężko było… mi przynajmniej, bo jeszcze byłem trochę w dołku, niewiele mówiłem, ale Mati był w rewelacyjnym humorze, bo cofał się kilka lat wstecz. Pokrążyliśmy po mieście, Mati zrobił zdjęcia paru miejsc, które miło wspominał z wypadu ze szkoły. Usiedliśmy na kwietnikach przy chodniku i graliśmy z kapeluszem na ziemi, w którym była karteczka „zbieramy na nocleg”.
Mati poszedł szukać apteki, bo bolało go gardło i kaszlał. Ja grałem sam przez godzinkę.
Fajnie to wspominam, bo z racji tego, że siedzieliśmy nisko na ziemi… mieliśmy…ciekawe widoki na wysokości twarzy. If you know what i mean…
Nazbierało się nam jakieś 60zł i wreszcie zjedliśmy normalny obiad. Cholera, warto było !
Zupka, rybka, surówki.
Było pyszne. To znaczy nie było wybitne, ale wtedy było pyszne. I ciepłe.
Pogadaliśmy chwilkę z dziewczyną, która obok sprzedawała róże. Bardzo sympatyczna. Ja niewiele mówiłem… znowu. A Mati standardowo bajerował. Mati generalnie bajerował każdą laskę jaką spotykał.

Później zaczęliśmy szukać miejsca, żeby rozbić namiot, bo stwierdziliśmy, że na plaży
może być nieciekawie, o kwestii mandatu nawet nie wspominam. Przy torach niebezpiecznie… ostatecznie poszliśmy w krzaki gdzie wszyscy sr..  i wyrzucali rowerki wypożyczane na deptaku (jeden dalej tam leżał).
Rozbiliśmy namiot na dziko, tak jak w Szczytnie (obok, nie tam), tylko bardziej byle jak, bo była wysoka trawa. W środku okazało się, że mam pod plecami kretowisko. Ale jakoś dałem radę… Mieliśmy noże i gaz pod ręką. Tak na wszelki wypadek.
Z rzeczy ciekawszych: w nocy jechała policja na sygnale a potem słyszeliśmy strzały. Do dzisiaj nie wiem co to było…