Łódź cz.2

Szkolenie treściwe, bo ludzie kumaci. To miło, że są jeszcze w tym kraju ludzie, którzy chcą pracować, chcą się uczyć i mają odrobinę szacunku do pracy i drugiego człowieka. To miłe, że nie wszyscy specjaliści spakowali manatki i zwiali za granicę. Smutne jest tylko, że specjaliści z medycyny, farmacji, pedagogiki, informatyki, z magistrami i inżynierami pracują w nie swojej branży tylko przy kontakcie z klientem.

Ale poza tym, to wspaniali ludzie na prawdę. Żeby była jasność. Ja nie mówię, że praca z klientem to zła praca. Wydaje mi się tylko, że ludzie, którzy dobrze czują się w sprzedaży powinni w niej pracować, a Ci którzy od zawsze chcieli leczyć, edukować, programować powinni właśnie to robić. Ale marzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie.

Produkty bankowe sprzedają nam lekarze, a leczą nas „fani medycyny alternatywnej” albo nie daj Boże „lekarze” podpisujący klauzulę sumienia. Swoją drogą ciekawy paradoks „nie daj Boże, klauzula sumienia”.

Wykształceni, inteligentni. Ludzie, którzy od zawsze wierzyli, że wieloletnie studia zapewnią im dobrą pracę w zawodzie, a ciężką pracą się wzbogacą. Ludzie, których trochę wychujano mówiąc wprost, bo wykształcenie nie jest już gwarantem. Gwaranta już nie ma. Teraz jest wyścig szczurów. Teraz albo masz farta albo znajomości.

Czy nie byłoby pięknie, gdyby każdy odpowiedział sobie na to zajebiście ważne pytanie co chcesz w życiu robić? Gdyby tak każdy zaczął to robić? Mielibyśmy nauczycieli z powołania, którzy potrafiliby nas uczyć, lekarzy z powołania, którzy dobrze by leczyli…

Rozmawiam z różnymi ludźmi, dużo pytam. Wszędzie tak samo. Cała Polska tak wygląda. Koniec refleksji.
Koniec kwestii.
Pa Pa.

 

 

Gadanie do siebie.

Nie wiem jak ty, ale ja często gadam do siebie. OK, źle zabrzmiało. Gadam do kogoś, ale tego kogoś nie ma. Ok… zabrzmiało jeszcze gorzej… Technicznie rzecz biorąc ten ktoś był, i już go nie ma, a ja do niego dalej gadam. Pogrążyłem się zupełnie?

To wytłumaczę to na przykładzie.
Jest sklep. W sklepie masa ludzi, tłum (jak to w hipermarkecie) i w tym tłumie ja i moja D. No i idziemy przez sklep i gadamy, że masło potrzebne, że mleka nie ma itd. Zazwyczaj to D. do mnie mówi, a ja udaję, że słucham. W pewnym momencie – prawie zawsze – coś przyciągnie moją uwagę.
Hiper super promocja na długopisy. Na książki. Na płyty. Nowa wystawa sprzętu audio. Cokolwiek.
Dla potrzeb przykładu załóżmy, że zauważyłem nowe głośniki.
Zatrzymuję się wtedy, oglądam i będąc przekonany, że D. stoi tuż za mną zaczynam żywiołowo opowiadać.
Wooooo ale zarąbiste parametry, ciekawe jak brzmią, myślisz, że można je przetestować? Gdzie bym je upchnał u nas w mieszkaniu? Jak myślisz, przydałyby się?
W tym momencie odwracam się z zainteresowaniem i patrzę prosto na jakiegoś kolesia, który stoi tuż za mną.
Oooo przepraszam. I w długą.
I gonię, i gnam przez ten sklep w poszukiwaniu D, którą znowu gdzieś zgubiłem.
Jest. Idzie. Ja tuż za nią. I słucham. A ona nieświadoma mojej dłuższej nieobecności nadal mówi coś o rosole i marchewkach.

Myślisz, że powinienem jej wtedy powiedzieć, że od kilku minut w sumie to gada do siebie?

Łódź cz.1

Pamiętam takiego profesora ze swojej uczelni, którego przezywałem wiertarka. Przezwisko wzięło się stąd, że miał głos, który wbijał się w czaszkę jak wiertarka, docierając do najgłębszych zakamarków mojego mózgu. Pech sprawiał, że miałem z nim zajęcia wcześnie rano, jego wykłady były potwornie nudne i jeszcze ten głos, powodujący ból w okolicach uszu docierający aż do środka czaszki… Dramat.

Dźwięk budzika, który mam ustawiony jest niemiłosiernie podobny do głosu profesora i codziennie rano wbija się w moją głowę powodując natychmiastowy odruch wstania z łóżka celem wyrzucenia iphona przez okno. 

Tego dnia obudził mnie wspomniany dźwięk. Pałając nienawiścią do telefonu wydobywającego z siebie ten potworny ton, zwlokłem się z łóżka i potuptałem do łazienki. Odkręciłem wodę, włączyłem muzykę i przedreptałem z powrotem do łóżka. Tym razem nie byłem już sam, gdyż na moich kolanach ucinał sobie drzemkę laptop, którego to musiałem obudzić w brutalny sposób klikając „turn on”. Ożył. Uff.

Szybki przegląd porannej poczty i prasy. Później kąpiel w odmętach gorącej pary wydobywającej się z wanny.
Następnie staranne golenie przed lustrem, zaparowanym zresztą. Z tym goleniem to jest tak, że rośnie mi na brodzie tyle co nic, ale jak tego czegoś nie ogolę, to wyglądam jakby ktoś, za przeproszeniem, wykałaczki w gówno powtykał. Więc golić się muszę. Gdybym jeszcze miał taki fajny męski zarost, wiecie, taki trzydniowy, seksi taki. No to byłoby coś. Ale nie. Ja muszę mieć zarościątko.

Perfumy. Z perfumami jest tak, że węchu kompletnie nie mam. Zresztą umówmy się, że po paru minutach i tak się ich nie czuje. Sposób mam sprawdzony – jak kiedyś jakaś fajna dziewczyna mi powiedziała, że ładnie pachnę, to ja szybciutko zapisałem nazwę perfum i już wiem, żeby go kupować – proste prawda?

Koszule. Uwielbiam. Zwłaszcza, że dostać w moim rozmiarze to jak liczyć, że skok z drugiego piętra nie skończy się śmiercią. Może się uda a może nie. Obowiązkowo wyprasowana przez D., bo jak ja zabieram się za prasowanie, to po koszuli. Tak. Nie potrafię prasować koszul. Potrafię za to naprawić gniazdko jak się zepsuje. O ile oczywiście D. będzie mi o tym przypominać przez dobry miesiąc zanim odkopię z czeluści szafy śrubokręt.

Spodnie. Buty. Marynarka. Pokój na klucz zamknąć. Śniadanie w Hotelu. Kawa na wynos. Do pracy.