Łódź cz.1

Pamiętam takiego profesora ze swojej uczelni, którego przezywałem wiertarka. Przezwisko wzięło się stąd, że miał głos, który wbijał się w czaszkę jak wiertarka, docierając do najgłębszych zakamarków mojego mózgu. Pech sprawiał, że miałem z nim zajęcia wcześnie rano, jego wykłady były potwornie nudne i jeszcze ten głos, powodujący ból w okolicach uszu docierający aż do środka czaszki… Dramat.

Dźwięk budzika, który mam ustawiony jest niemiłosiernie podobny do głosu profesora i codziennie rano wbija się w moją głowę powodując natychmiastowy odruch wstania z łóżka celem wyrzucenia iphona przez okno. 

Tego dnia obudził mnie wspomniany dźwięk. Pałając nienawiścią do telefonu wydobywającego z siebie ten potworny ton, zwlokłem się z łóżka i potuptałem do łazienki. Odkręciłem wodę, włączyłem muzykę i przedreptałem z powrotem do łóżka. Tym razem nie byłem już sam, gdyż na moich kolanach ucinał sobie drzemkę laptop, którego to musiałem obudzić w brutalny sposób klikając „turn on”. Ożył. Uff.

Szybki przegląd porannej poczty i prasy. Później kąpiel w odmętach gorącej pary wydobywającej się z wanny.
Następnie staranne golenie przed lustrem, zaparowanym zresztą. Z tym goleniem to jest tak, że rośnie mi na brodzie tyle co nic, ale jak tego czegoś nie ogolę, to wyglądam jakby ktoś, za przeproszeniem, wykałaczki w gówno powtykał. Więc golić się muszę. Gdybym jeszcze miał taki fajny męski zarost, wiecie, taki trzydniowy, seksi taki. No to byłoby coś. Ale nie. Ja muszę mieć zarościątko.

Perfumy. Z perfumami jest tak, że węchu kompletnie nie mam. Zresztą umówmy się, że po paru minutach i tak się ich nie czuje. Sposób mam sprawdzony – jak kiedyś jakaś fajna dziewczyna mi powiedziała, że ładnie pachnę, to ja szybciutko zapisałem nazwę perfum i już wiem, żeby go kupować – proste prawda?

Koszule. Uwielbiam. Zwłaszcza, że dostać w moim rozmiarze to jak liczyć, że skok z drugiego piętra nie skończy się śmiercią. Może się uda a może nie. Obowiązkowo wyprasowana przez D., bo jak ja zabieram się za prasowanie, to po koszuli. Tak. Nie potrafię prasować koszul. Potrafię za to naprawić gniazdko jak się zepsuje. O ile oczywiście D. będzie mi o tym przypominać przez dobry miesiąc zanim odkopię z czeluści szafy śrubokręt.

Spodnie. Buty. Marynarka. Pokój na klucz zamknąć. Śniadanie w Hotelu. Kawa na wynos. Do pracy.

Intro.

Przyznam, że pomysł chodził już za mną dłuższy czas. Pomysł na intro. Właściwie to nawet nie intro, tylko bardziej intrunio. Tylko jak je zrobić? Na obróbce filmów, grafice nie znam się zupełnie. Moim życiowym osiągnięciem jest  zmiana kolorów i kadrowania w iPhoto, a co dopiero mówić o stworzeniu jakiegoś filmu?

Zapytałem więc o poradę, jak się do tematu zabrać, znajomego montażystę. Miki odrzekł – krótko i na temat – Adobe After Efects CC. Na pewniaka zabrałem się więc do pracy.

Skończyłem równie szybko jak zacząłem, gdyż okazało się, że:
a) Nie mam o tym pojęcia
b) Oglądanie godzinnych tutoriali na Youtube jak zrobić intro w AAE CC mnie nie jara
c) Interfejs był dla mnie przerażający.

Nie zraziłem się bynajmniej, popytałem w googlach i tak oto trafiłem na program na miarę moich sił i możliwości. Camtasia – wyjątkowo przyjemny w obsłudze program do tworzenia różnego rodzaju filmików.

I wreszcie, po trzech godzinach maniakalnego wręcz przesuwania napisów w prawo i w lewo powstało takie oto coś, do obejrzenia czego serdecznie zapraszam.

 

Ach, zapomniałbym. Gdybyś mógł drogi czytelniku udostępnić link do bloga, na przykład na swoim fejsiku, klikając tam na dole w „podziel się” – byłoby mi bardzo miło :)

Obywatel

No zwiastun był ok. Wiecie jak to zwiastun. Ma zachęcić. Ma sprzedać. A ty masz go kupić. Przyznaję, kupiłem. Kupiłem też nazwiska odtwórców głównej roli, bo „Stuhr” coś jednak dla mnie znaczy. A Stuhrów dwóch to już całkiem bomba. Tym bardziej chciałem zobaczyć ten film.

 

Zwiastun, jak to zwiastun. Z właściwym dla siebie poczuciem humoru Panowie Stuhr opowiadają o swoim dziele. Film ma obrazować życie przeciętnego, pechowego kowalskiego, którego losy splatają się z historią Polski. I faktycznie, bohater dzielnie brnie przez historię naszego kraju, raz będąc w Solidarności, raz w partii, raz zostając ikoną buntu, raz pracując po znajomości partyjnej. Raz wyzywany od konfidentów, raz od wyzwoleńców itd, itd.
To czego zabrakło mi w tym filmie, to humor, którego można było oczekiwać po tak znakomicie komediowej obsadzie.
Szkoda, na prawdę szkoda, że nie doczekałem się żartów rodem z seksmisji, tylko patriotyczny, średnio poważny film o polskiej historii po której na dodatek bohaterowie tylko się prześlizgali.

Zawiodłem się.